Santorini i greckie Siga Siga

 

Chyba nie ma osoby, która widząc te charakterystyczne białe domki i niebieskie kopułki, nie wie gdzie to jest. Santorini to było moje marzenia od dość dawna, a w lipcu tego roku udało nam się je spełnić.

Podróż była taką wisienką na torcie, po wielu miesiącach oglądania zdjęć w internecie, czytania różnych opinii, szukania miejsc, tawern, winiarni, do których chcielibyśmy pójść, nadszedł dzień kupienia biletów. Zabawne jest to, że było to dokładnie dzień przed wylotem, ale to tylko dlatego, że do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, czy nic nam nie stanie na przeszkodzie. Udało się !!! Dolecieliśmy szczęśliwie i po cudownym, pełnym wrażeń tygodniu, mam kilka spostrzeżeń, którymi chciałabym się z Wami podzielić.

 

 

Po pierwsze wbrew powszechnym opiniom wyspa jako wyspa, wcale nie jest droga. Ceny są porównywalne do cen na innych greckich wyspach. Słynna grecka sałatka nie kosztuje więcej niż 6 euro, pita gyros ok. 4-5 euro, podobnie kawa na plaży czy inne przysmaki. Wypożyczenie skutera może jest o kilka euro droższe niż np. na wyspie Zakynthos, ale za to jest komunikacja miejska i tak naprawdę w każde miejsce na wyspie można dotrzeć autobusem.

Po drugie, po zobaczeniu zachodu słońca na Santorini człowiek już wie, że może spokojnie umierać 🙂 żartuję oczywiście, ale jest to widok tak niesamowity, że z pewnością zapamiętam go do końca życia.

 

 

Po trzecie, tak, turystów w sezonie jest dużo, ale nie jest tak, że nie można przejść ulicą lub nie można znaleźć wolnego miejsca w tawernach, żeby zjeść kolację. Osobiście uważam, że skoro chcemy gdzieś przyjechać i zobaczyć konkretne miejsce, to takich osób na świecie jest trochę więcej niż my dwoje:) Ludzie absolutnie mi w takich miejscach nie przeszkadzają.

 

 

Po czwarte, po raz kolejny przekonałam się, że Grecy to bardzo życzliwy, otwarty na innych naród. Gdyby tak dzieci w Polsce potrafiły pięknie mówić po angielsku…. W większości sklepów, piekarni, tawern pracują całe rodziny i jest to typowy biznes przekazywany z pokolenia na pokolenie. Wszyscy są uśmiechnięci, wyluzowani i doskonale rozumieją co to „slow life”. Może jest im łatwiej będąc w tak pięknym miejscu, gdzie przez większość dni w roku świeci słońce, ale sądzę, że większość z nas, nie potrafiłaby tego docenić i oczywiście znalazłaby powód, żeby ponarzekać.

W ich kulturze bardzo, ale to bardzo urzekło mnie celebrowanie posiłków. Nikt tam nie je w biegu. Posiłek, szczególnie kolacja, jest po to żeby spędzić razem czas, porozmawiać, pośmiać się, a przy okazji zjeść coś pysznego. Mało tego, gdy goście w restauracjach lub tawernach kończą posiłek, właściciel zawsze pyta jak smakowało i przynosi deser – nie, wcale nie trzeba za niego dodatkowo płacić. Ot, taki miły gest, żeby klient mógł jeszcze chwilę zostać i wrócić kolejnego wieczoru – polscy restauratorzy powinni się tego uczyć 🙂

 

 

Uwierzcie, że ich „Siga Siga” bardzo się udziela i dlatego pewnie, każda kawa wypita na plaży lub wino o zachodzie słońca smakuje tam wyjątkowo, intensywnie i tak, jak nigdzie indziej.  Dla nas „slow life” to raczej trend, który przyszedł dość niedawno, u nich „Siga Siga” to cała tradycja, kultura i styl życia obecny już od setek lat. Grecy wiedzą, że nie warto się spieszyć, że życie trzeba smakować tu i teraz, że trzeba delektować się posiłkiem i każdą chwilą spędzoną z rodziną i przyjaciółmi.

 

 

Jestem szczęściarą, że mogłam spędzić tam cudowny tydzień i doświadczać ich kultury. Do dziś, na samą myśl o Santorini, szeroko się uśmiecham. W dodatku wizja kolejnego wyjazdu tam, przyprawia mnie o przyjemne dreszcze.

 

W kolejnym wpisie pokażę Wam kilka miejsc, które moim zdaniem warto zobaczyć na wyspie.

 

 

 

 

Dodaj komentarz