Post bez zdjęcia

Zrobiłam sobie na początku ubiegłego tygodnia mały detoks od internetu, no może nie do końca, bo jednak płytki łazienkowe wybrałam. Ograniczyłam wszystkie informacje, wyłączyłam powiadomienia, nie pisałam, nie publikowałam. Wracam i co widzę? Zaproszenia, maile i wiadomości, super 🙂 Czytam i już wiem. Zaczyna się panika, lęk i obawa. Uzasadniona bądź nie, ale jednak. Wszystko oczywiście związane z pandemią i całą reakcją łańcuchową. Sklepy i punkty usługowe zamknięte, nie ma sprzedaży, nie ma premii, nie ma dochodu, jest za to wizja utraty pracy i tego, do czego bardzo byliśmy przyzwyczajeni. Żyło nam się dobrze, a nawet lepiej i nagle jakiś okropny wirus próbuje, ba! już to zrobił – wywrócił nasz porządek świata do góry nogami. Ale, ale… Czy to nie jest tak, że w życiu, w przyrodzie i całym wszechświecie są pewne cykle? Coś jak fazy księżyca, jak dzień i noc, jak dobro i zło, jak hossa i bessa, jak górka i dołek? No gdybyśmy tak zupełnie obiektywnie się temu przyjrzeli, to z dużą dozą prawdopodobieństwa moglibyśmy stwierdzić, że tak. Tak, po lecie przychodzi jesień, po dniu noc, po latach obfitości przychodzą lata chude.

Nic nie trwa wiecznie, niebezpiecznie jest wierzyć w to, że coś trwa wiecznie… A tak zupełnie poważnie, usłyszałam wczoraj od przyjaciółki, że ma już dość motywacyjnych bzdur i nie chce słyszeć o żadnym rozwoju! No w sumie – pomyślałam – może faktycznie już dość. Rozumiem, akceptuję i szanuję. Dzisiaj z ramienia Fundacji Bliżej Kobiet robiłyśmy live, na temat tego, jak przygotować się do ewentualnego zagrożenia, jakim jest utrata pracy lub obniżenie zarobków. Pokazałyśmy trzy obszary, na których warto się skupić, podkreślając jednocześnie to, żeby bazować na faktach, liczbach, na tym co możemy zrobić dziś, używając tego co już mamy. Dla mnie kluczowa jest postawa, tak żeby nie udawać, że mnie to nie dotyczy, ale też nie popadać w skrajną panikę. Widzę co się dzieje, mogę znaleźć się w trudnej sytuacji, przyjmuję odpowiedzialność, a co za tym idzie przygotowuję się. Rozumiecie o co chodzi?

Włączyłam internet, żeby zerknąć co w świecie słychać. Okazało się, że zrobiłam sobie chyba jakąś kumulację. Siedziałam i myślałam o tym na wszystkie sposoby. I chyba przestałam kolokwialnie pisząc „ogarniać”. Przed pandemią totalny pęd, dzisiaj totalny marazm. Przed pandemią słyszałam „przyjdzie czas” , teraz słyszę „może jak to minie”. Wcześniej słuchałam wypowiedzi typu „a jakoś to będzie”, dzisiaj „co to będzie?”… Ehh!

Rozumiem lęk, obawy, rozumiem zagubienie, ale zdać się na coś wyimaginowanego? Siedzieć i czekać na „jakoś to będzie”. Trochę to nie po mojemu – tak mawiałam moja babcia. Nie krytykuję, nie piętnuję, chętnie wesprę, pomogę. Wiem tyle, że to „nie po mojemu”. Nie chcę żeby było jakoś. Wiedziałam też wcześniej, że jeśli sama się sobą nie zajmę, nie zadbam o siebie, o swoje zdrowie, o swój dobrostan psychiczny, o swoje bezpieczeństwo finansowe, że jeśli nie zbuduję w sobie odwagi do spełniania marzeń teraz, tu i teraz, to nikt za mnie tego nie zrobi, mało tego czas, na który będę czekać, może nie przyjść, tak jak nic nie przychodzi w życiu samo. Kontrowersyjne? Dla mnie prawdziwe. I naprawdę nie chodzi mi o to, żeby teraz krzyczeć coś w stylu „a nie mówiłam”, nie. Może nawet nie mówiłam 😉 Nie czuję się też lepsza, ani mądrzejsza. Przypomina mi się powiedzenie „każdy nosi swój krzyż”… To ja dzisiaj napiszę, że każdy przeżyje i przerobi swoją koronę. Ktoś teraz, ktoś później. Mam takie poczucie, że ja swoją przerobiłam nieco wcześniej, za co jestem ogromnie wdzięczna. Dlatego teraz wiem co jest moje, a co na pewno moje nie jest. Nie będę teraz sypać tekstami motywacyjnymi, nie będę namawiać do rewolucji, napiszę tylko „pomyśl na co masz wpływ”. Nie kiedyś, nie w przyszłości, która może przyjdzie, a może nie, tylko teraz. Tak po środku, pomiędzy.

Dzisiaj jest teraz. Jeśli przyjdzie jutro, to jutro będzie teraz. I tak każdego dnia. Tylko tyle. Bez zdjęcia, bez lukru, szczerze.

Dodaj komentarz